Kiedy sto lat temu zaczynałam pisać - jeden z moich pierwszych blogów nadal
wisi na blogasku.pl - uwielbiałam dostawać jednozdaniowe komentarze. Głupio
brzmiące "super odcineczek, pisz dalej" było wyznacznikiem
zajebistości w swojej kategorii. I niech tylko ktoś próbował mieć inne zdanie!
Nie, w zasadzie nie było miejsca na inne zdanie. Wszystko, co wiązało się z krytycznym nastawieniem, zostawało przeklęte przez chór nastoletnich blogerek.
Byłam ałtoreczką. Przyznaję się do tego. Nie
wstydzę się tego. Jarałam się komentarzami "super, pisz dalej. wejdź na
mojego blogaska". I to trwało długo. Mniej więcej w połowie gimnazjum,
przeniosłam się na onet (ten stary, poczciwy onet, łezka się w oku kręci).
Miałam fantastyczny adres - xoxo-friends-forever -i pisałam fanfiction (kiedyś
nie znalazłam takich mądrych słów; używałam znanego wyrażenia "piszę na
podstawie mojego ulubionego serialu") o serialu, który wtedy zaczynałam
oglądać. Miałam dużo szczęścia, bo sprawna onetowska wyszukiwarka odnalazła
pierdyliand blogów o podobnej tematyce. Byłam w siódmym niebie, bo znalazłam
osoby, z którymi mogłam się dzielić spostrzeżeniami, dotyczącymi nie tylko
naszych opowiadań, ale także serialu. Wszystkie sobie dzielnie kibicowałyśmy, a
i prywatnie zaczęłyśmy utrzymywać kontakty - mogę się pochwalić, że do dziś
przyjaźnię się z jedną z TYCH dziewczyn.
Nie pamiętam już, czy to było jeszcze w
gimnazjum, czy już w liceum, kiedy zaczęłam pisać opowiadanie o postaci, którą
grałam na forum PBF - polecam zajrzeć do wikipedii albo rozejrzeć się po
internetach. Bethany Joy była moją wyhuhaną postacią i czytając te wypociny
dzisiaj, kiedy jestem starsza o te kilka lat, mogę śmiało stwierdzić, że była
małą Mary Sue. I to właśnie w tamtym czasie zaczęły się pojawiać dłuższe
komentarze o formie pisania, o błędach, o chaosie, który panował w moim pisaniu
(nadal panuje?). Czy wtedy coś do mnie dotarło? Nie. "Nie podoba ci się,
to nie czytaj". Ale najbardziej zawsze bolały mnie słowa tej dziewczyny, z
którą do dzisiaj się przyjaźnię. Przez niektóre jej komentarze zaniechałam
pisania i zastanawiałam się, co tam jest nie tak, bo przecież w MOIM mniemaniu
wszystko było super. No, bo, przecież zdawkowe zdania i dialogi są super, nie?
Z czasem moje myślenie zaczęło się
zmieniać, chociaż do dzisiaj krytykę przyjmuję ciężko, ale w końcu zaczęłam się
z niej uczyć, bo skoro ktoś zostawia mi długi komentarz to nie może być AŻ TAK
źle. To znaczy, że mam bazę, nad którą mogę popracować i może wyjdę na ludzi. I
wyszłam na tych ludzi; staram się pracować nad swoim pisaniem i staram się
swoją wiedzę przekazywać innym.
I właśnie o tej wiedzy jest ten
post.
Od momentu, w którym pojawił się pomysł
bloga mojego, zwykłego, tym razem nie opowiadanie, dodałam się do kilku
blogerskich grup na fejsbuku. Chciałam poczytać inne twory, zmotywować się,
zaczerpnąć inspiracji. Jeżeli ktoś podrzucił link do opowiadania, byłam
zachwycona, bo to w końcu moja działka. Uwielbiam szukać opowiadań i jeśli coś
znajdę, co mnie zachwyci to na pewno skomentuję, obszernie.
Trafiłam na szesnastoletnią dziewczynę, która poza
opowiadaniem/albo jak woli to nazywać/książką, pisze również recenzje.
Wystukałam bardzo długi komentarz, zaznaczając, że osoba, która przeczytała
tyle książek, powinna w swoim opowiadaniu używać jednak czegoś więcej niż
samych dialogów. Wciskając zacny przycisk wyślij, ukazała mi się informacja o
tym, że ałtoreczka musi zaakceptować daną wypowiedź - i jeszcze wtedy miałam
nadzieję, że jednak on się ukaże, a ona napisze, że fajnie, że długi komentarz,
że następnym razem sprawdzi błędy, które jej wynalazłam (chociażby pisanie w
pierwszej osobie bez ogonków, for real?). O! Ja! Naiwna!
Nie dość, że usunęła swoje dzieło z bloga (nadal
publikowane na watpadzie? nie wiem, czy dobrze piszę, chyba powinnam się
posłuchać własnej rady i zrobić mały research) to obsmarowała mnie w osobnej
notce. I właśnie tak zostałam hejterem. Podobno kazałam jej przestać pisać,
wykazałam błędy, a ona ma dysleksje i ona nic nie musi, ona pisze dla siebie,
nie dla publiczności (to skąd co drugi link to link do jej bloga, skoro pisze
dla siebie?), podobno ją ośmieszyłam i dlaczego rujnuję czyjeś marzenia, skoro
ona to lubi?!
I owszem, może w tym akapicie brzmię
jak hejter, ale w życiu nikogo nigdy nie uraziłam na blogu, a na pewno nie
kazałam nikomu przestawać pisać. Wręcz przeciwnie, piszcie dalej, bo życzę
wszystkim bardzo dobrze, ale niech każda osoba weźmie sobie do serca pewne rzeczy,
niech się uczy! Bo hey, każdy z nas kiedyś zaczynał, ale i każdy z nas powinien
z konstruktywnej krytyki coś wynieść - ale rozumiem, że zdanie "nie podoba
się to nie czytaj" jest dużo łatwiejsze niż praca nad sobą. Chciałabym
również zauważyć, że publikując coś w sieci, wychylamy się sami na komentarze,
nie zawsze te pozytywne. I pamiętajcie, że każdy nasz czytelnik, obserwujący,
czy komentujący jest naszym paliwem napędzającym.
Cieszę się, że ten dziewiczy post mam za sobą. Teraz mogę zacząć pisać o innych rzeczach, pewnie mniej ważnych. Jeśli ktoś tu dotrze, do tych czeluści blogspota - napiszcie, jakie komentarze najczęściej dostajecie i czy bierzecie je do siebie? Jaką postawą się kierujecie, odpisując na takie wypowiedzi?
Nie rozumiem jak komentarz, który pokazuje nasze błędy jest negatywny. Może zależy jak "ubierzesz" to w słowa. Historia z tą pisarką/blogerką doprowadza mnie do śmiechu! Krytyka jest dobra, przynajmniej to znak, że ludzie chcą dla Twojego bloga jak najlepiej. Sam robię masę błędów i dziękuję ludziom, którzy pomagają mi je zwalczać. To chyba dobrze, że komuś oprócz Ciebie czytelniku na tym zależy?
OdpowiedzUsuńPS. Poprawiłem :D